Ona weszła na wagę - pierwszy raz po porodzie. Dałaby przysiąc, że Jej dusza ważyła dużo więcej niż 21 gramów - nie takiego wyniku się spodziewała. W czasie dziewięciu miesięcy przytyła 9 kilogramów. Poród odchudził Ją raptem (?) o 5 kilogramów. Pozostały 4 kilogramy nadwyżki - nie licząc kilogramów szczęścia śpiących słodko w łóżeczku.
- Czas na dietę 1200 kalorii* - odparła, schodząc z wagi. - Ale bez obaw, ograniczać jedzenia nie będę - uspokoiła samą siebie. - Tyle spalam, karmiąc. Ach, nigdy dieta nie była przyjemniejsza! To co, po rogaliku? - zapytała swoje odbicie w lustrze i skierowała się żwawym krokiem do kuchni.
*tak normalne jedzenie i karmienie nazwała położna ze szkoły rodzenia - Czego by matka nie zjadła, dziecko wyciągnie - komentowała ze śmiechem. - Drogie panie, szybko skorzystajcie z tej naturalnej metody odchudzającej!
czwartek, 28 lutego 2013
środa, 27 lutego 2013
Kontrolna wizyta u Gina
W czasie ciąży kobieta ma dobrze. Nawet NFZ ją rozpieszcza i pozwala dopisywać się do i tak długich kolejek do lekarzy. Tak Ona korzystała z regularnych wizyt u endokrynolog i Gina - dwóch kluczowych specjalistów dla Jej ciąży.
Gdy przychodzi czas na kontrolę po połogu jest już problem.
- Dzień dobry, chciałabym umówić się na wizytę do Gina - w miarę możliwości 6 tygodni po porodzie, czyli za jakiś miesiąc - Ona dzwoni zapobiegawczo już teraz, w samym środku połogu.
- Ale nie ma terminów. W ogóle nie mam terminów - mówi pani w rejestracji i zapisuje Ją na termin.. 18 tygodni po porodzie.
Takie trzy po trzy..
Gdy przychodzi czas na kontrolę po połogu jest już problem.
- Dzień dobry, chciałabym umówić się na wizytę do Gina - w miarę możliwości 6 tygodni po porodzie, czyli za jakiś miesiąc - Ona dzwoni zapobiegawczo już teraz, w samym środku połogu.
- Ale nie ma terminów. W ogóle nie mam terminów - mówi pani w rejestracji i zapisuje Ją na termin.. 18 tygodni po porodzie.
Takie trzy po trzy..
wtorek, 26 lutego 2013
O rany - po cesarce - Julek!
Brzuch po porodzie opadł. Nie całkowicie rzecz jasna. Jeszcze parę dni po był obolały i spuchnięty. Ona trochę bała się spojrzeć na ranę po cięciu skrywającą się pod miluchną fałdką. Sprawę gojenia prócz położnych i tabunów przewijających się podczas porannego obchodu kontrolował On.
- Uśmiechasz się teraz podwójnie - powiedział.
- Mocno widać? - dopytywała Ona, bojąc się spojrzeć w lustro.
- Teraz tak, ale blizna będzie w takim miejscu, że nawet w bikini będzie słabo widoczna - uspokoił Ją, choć Ona w dwuczęściowy strój nie miała zamiaru się wciskać (dla spokoju ewentualnych przyszłych kompanów plażowej doli i niedoli). - A jakby pozostała, to.. zapuścisz grzywkę!
- Uśmiechasz się teraz podwójnie - powiedział.
- Mocno widać? - dopytywała Ona, bojąc się spojrzeć w lustro.
- Teraz tak, ale blizna będzie w takim miejscu, że nawet w bikini będzie słabo widoczna - uspokoił Ją, choć Ona w dwuczęściowy strój nie miała zamiaru się wciskać (dla spokoju ewentualnych przyszłych kompanów plażowej doli i niedoli). - A jakby pozostała, to.. zapuścisz grzywkę!
poniedziałek, 25 lutego 2013
Syn - pępek świata!
Nie minęła dziesiąta doba, a Maluchowi odpadł pępek, który On codziennie uważnie po kąpieli pielęgnował. Jej - zaginiony jakiś czas temu też już wrócił na miejsce.
Ona zerknęła na słodką (a jakże!) dziurkę na brzuchu Malucha. Potem na swoją - noo.. nie przesadzajmy, już nieco mniej słodką.
I naszła Ją myśl. Naszła Ją myśl, że choć od maminsynków nie znosi tylko bardziej ich władczych i niedojrzałych często matek, to że wkrótce (za jakieś kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat) Jej samej trudno będzie tę symboliczną pępowinę odciąć. Do tego będzie potrzebna nie tylko dojrzałość Już-Nie-Malucha, ale i Jej samej.
Ona zerknęła na słodką (a jakże!) dziurkę na brzuchu Malucha. Potem na swoją - noo.. nie przesadzajmy, już nieco mniej słodką.
I naszła Ją myśl. Naszła Ją myśl, że choć od maminsynków nie znosi tylko bardziej ich władczych i niedojrzałych często matek, to że wkrótce (za jakieś kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat) Jej samej trudno będzie tę symboliczną pępowinę odciąć. Do tego będzie potrzebna nie tylko dojrzałość Już-Nie-Malucha, ale i Jej samej.
niedziela, 24 lutego 2013
Piękne szycie
Gin odwiedził Ją na drugi dzień po porodzie. Wzruszył tym gestem niesamowicie - nie dość, że Ona trafiła szczęśliwie na niego podczas porodu, że to on pokazał Jej Malca w pierwszych sekundach życia, to jeszcze poza swoimi obowiązkami na dyżurze znalazł chwilę, by Ją na parę chwil odwiedzić, omówić na spokojnie przebieg porodu, pocieszyć i zapytać o samopoczucie. Tego się Ona w najśmielszych snach nie spodziewała. No niby nic, a jednak..
Przyjęła go jednak z dystansem - na długość łóżka niczym prawdziwa matka cesarza - rozwalona leniwie w łożu boleści. Gdyby tylko dała radę wstać, w pół by się zgięła - jednakowo: z bólu i wdzięczności.
- Pokaże mi pani ranę - powiedział na odchodne Gin. Ona odsłoniła brzuch. On ponaciskał, popatrzył uważnie na szycie, które wyszło spod jego igły, spojrzał z politowaniem, pokiwał głową i odparł:
- Oj, oj.. Kto panią tak zszył? phi! - i uśmiechnął się.
Przyjęła go jednak z dystansem - na długość łóżka niczym prawdziwa matka cesarza - rozwalona leniwie w łożu boleści. Gdyby tylko dała radę wstać, w pół by się zgięła - jednakowo: z bólu i wdzięczności.
- Pokaże mi pani ranę - powiedział na odchodne Gin. Ona odsłoniła brzuch. On ponaciskał, popatrzył uważnie na szycie, które wyszło spod jego igły, spojrzał z politowaniem, pokiwał głową i odparł:
- Oj, oj.. Kto panią tak zszył? phi! - i uśmiechnął się.
sobota, 23 lutego 2013
Czy krowa myśli, jak się ją doi? - czyli rzecz o karmieniu piersią
Ona wiedziała, że karmić piersią będzie. Po prostu. Nikt nie musiał Jej przekonywać, że to zdrowe, istotne dla dziecka, ważne dla bliskości i takie tam. Wiedziała, że może nie być łatwo, ale chyba nie sądziła, że może być aż tak trudno.
Już w pierwszej chwili, gdy Maluch znalazł się na Jej piersi przyssał się delikatnie, właściwie pierś wycałował. Parę godzin później położna pomogła Jej przystawić go do karmienia.
- Ooo, strachy na lachy! To wcale nie boli! Ba, to jest całkiem przyjemne - pomyślała Ona, nie wiedząc, jakiego uczucia się spodziewać i sądząc, że Maluch dobrze się chwycił - wszak jeszcze i położna pokiwała głową na znak, że jest dobrze.
Ono w drugiej dobie słodko spało. Kolejną godzinę. Świat mu zwyczajnie nie przeszkadzał.
- Aniołek - pomyślała Ona. - Tak to można żyć! Mały prawie wcale nie płacze, do piersi daje się przystawić, nic nie wzbudza podejrzeń. Jest cudownie.
Ją jednak coś tknęło. Sama przystawić Malucha do piersi nie potrafiła. Sutki w swoje ręce brały położne, miażdżyły i wpychały Maluchowi do ust. Potem odchodziły zadowolone. Ona wiedziała, że musi nauczyć się tego sama. Był późny wieczór, druga doba od porodu. Ona zatrzymała przechodzącą korytarzem położną.
- Przepraszam, czy mogłabym prosić o pomoc? Chodzi o karmienie. Potrzebowałabym paru wskazówek. Mogłybyśmy porozmawiać? - zagaiła.
- Ja jestem w pracy! Nie mam czasu na plotki! - odburknęła kobieta. Ona oniemiała. Nie wiedziała, co powiedzieć. Co prawda rozmowa o piersiach może zahaczyć o ploteczki, ale to jeśli na celownik bierzemy biust Natalii Siwiec czy Pameli Anderson, nie Jej raczej (Ona aspirować do miana cyc bomby mogła dopiero po paru dobach). Ona poczuła, że łzy napływają Jej do oczu. Sądziła (naiwnie?), że otrzyma pomoc. Wycofała się do pokoju i została sama.
Parę godzin później spróbowała znowu. Inna położna siłą włożyła Maluchowi sutek do buzi, a Ją zbeształa.
- Trzeba przystawiać! Przystawiać jak najczęściej! To co, że śpi? Musi jeść! Budzić trzeba - tu kobieta - Ona słowo daje - wytarmosiła Malucha z uszy, co skutecznie wyrwało Go z drzemki.
- Nie będzie jadł, to będzie żółty! Potem się ludzie dziwią, że żółty jest i śpi, jak nie je! Błędne koło - dorzuciła kolejna, która wparowała do Jej pokoju.
Następna położna oceniła sytuację nad ranem.
- No oszukało nas dziecko! Przecież ono wcale nie chwyta! Jak ono ma jeść, jak nie chwyci dobrze? Nie czuje pani, że źle chwyta?
- Gdybym wiedziała, jakiego uczucia się spodziewać, pewnie wiedziałabym, że to nie to, a tak..
- Te młode matki to wcale sobie poradzić nie potrafią! - skomentowała.
- Za bardzo pani chce karmić, dlatego nie wychodzi - dodała położna od ploteczek i.. nakarmiła Malucha strzykawką modyfikowanego mleka. - Ja wcale nie myślałam, czy chcę karmić i karmiłam. Czy krowa myśli, jak się ją doi?
- No tak, jest pani po cięciu. Ojciec kangurował? Niby dobrze, ale dziecko teraz pani skóry nie poznaje! Dziwi się pani, że do piersi nie chce? - Jej uszu doleciała kolejna uwaga.
Ona wiedziała, że najważniejsze to, by dziecko było zdrowe. A z tym związana była waga. Ono straciło w trzeciej dobie pół kilo - więcej niż średnie 15% spadku od dnia porodu.
Ona zaprzyjaźniła się więc z laktatorem, który boleśnie odciągał mleko z Jej piersi. Ona karmiła maszynę, podczas gdy położna karmiła sztucznym mlekiem Jej Malca. Dla niej to był dramat.
- Może poczekamy, aż odciągnę i damy Mu trochę mojego? - zaproponowała nieśmiało widząc, jak drogocenna siara powoli skapuje do butelki.
- Nie ma co czekać, chce pani, by dziecko jeszcze bardziej schudło? Nie ma pani pokarmu - kolejna ją dyscyplinowała.
- Ale to dopiero trzecia doba, a jestem po cięciu. Po cięciu laktacja trochę później.. - ona próbowała tłumaczyć położnej coś, czym powinna być uspokajana.
- Może i później, ale pani z sali obok też jest po cięciu i już karmi. Nawet matka wcześniaka, który u nas leży ma pokarm, tylko pani dziecko jest głodne.
- No ale przecież leci..
- Za mało, tym się nie naje - Jej przez myśl przemknęły informacje o tym, że żołądek noworodka jest wielkości paznokcia, ale już nie miała sił nic mówić.
- Może pani próbować, ale dziecko musi jeść. Stymulować! Stymulować! - położna nakazała, wskazując na laktator.
- Boli panią głowa? - zapytała Ją nad ranem położna. Ta sama, która pierwszego dnia myła Jej synka (- Moje powołanie to blok porodowy - powiedziała wtedy. - Dyżuruję tu, bo miesiąc krótki - śmiała się.)
- Nie, nie, dobrze wszystko - Ona wycedziła, wycierając łzy.
- Co się dzieje? - tamta dopytała.
- Nie karmię sama - odparła. - Nie potrafię, a tak chcę.
Położna spokojnie usiadła na skraju Jej łóżka.
- Jak długo to trwa? Widziała się pani z doradcą laktacyjnym? Pewnie dokarmiają mlekiem modyfikowanym? Zaraz spróbujemy na spokojnie.
Położna chwyciła Malca i Jej pierś w swoje dłonie. Poszło spokojnie. Wreszcie na dobre Ona poczuła, jak Ono zasysa Jej sutek wraz z otoczką i.. pije. Spokojnie. Brodawka bolała po ostatnich próbach, położna doradziła więc osłonki. Z nimi Ona już po paru kolejnych przystawieniach czuła się pewniej. Dodatkowo odciągała pokarm, którym dokarmiała Malca. Położna przychodziła do Niej jak w zegarku - co dwie godziny sprawdzić, jak idzie. Była opanowana, troskliwa i zainteresowana Jej problemem.
- Zobacz, kończę dyżur, a ta dzielna drużyna już je - powiedziała przyprowadzonej do Jej pokoju położnej od ploteczek.
- Nie wierzę! Nasz leniuszek wreszcie je? - zapytała. W tym momencie podeszła do Jej łóżka i nim Ona czy druga położna zdążyły zareagować, potarmosiła Go po brzuszku.
- Nie rób tak! - zawołała druga z kobiet. - Przecież On tego nie lubi. Nie można mu przeszkadzać.
Ale przystawione wcześniej uważnie do piersi dziecko już przestało ssać.
W czwartej dobie Ona co dwie godziny budziła Malca i siebie. Sesję zaczynała od spotkania z laktatorem. Potem karmiła - piersią, a następnie strzykawką z odciągniętym pokarmem. Malec zaczął przybierać.
- Będzie dobrze, tylko proszę sobie nie dać wmówić, że nie ma pani pokarmu,że to wina cesarki i nie pozwolić tym małpom dokarmiać sztucznym mlekiem.
Ona nie pozwoliła. W dziewiątej dobie Ona karmi co dwie godziny, bez bólu i z zadowoleniem dziecka. Maluch przybiera na wadze. Ona stara się odgonić złe wspomnienia. A tej jednej położnej nigdy się nie odwdzięczy. Być może jej powołaniem jest blok porodowy, a może po prostu pomoc drugiemu?
Już w pierwszej chwili, gdy Maluch znalazł się na Jej piersi przyssał się delikatnie, właściwie pierś wycałował. Parę godzin później położna pomogła Jej przystawić go do karmienia.
- Ooo, strachy na lachy! To wcale nie boli! Ba, to jest całkiem przyjemne - pomyślała Ona, nie wiedząc, jakiego uczucia się spodziewać i sądząc, że Maluch dobrze się chwycił - wszak jeszcze i położna pokiwała głową na znak, że jest dobrze.
Ono w drugiej dobie słodko spało. Kolejną godzinę. Świat mu zwyczajnie nie przeszkadzał.
- Aniołek - pomyślała Ona. - Tak to można żyć! Mały prawie wcale nie płacze, do piersi daje się przystawić, nic nie wzbudza podejrzeń. Jest cudownie.
Ją jednak coś tknęło. Sama przystawić Malucha do piersi nie potrafiła. Sutki w swoje ręce brały położne, miażdżyły i wpychały Maluchowi do ust. Potem odchodziły zadowolone. Ona wiedziała, że musi nauczyć się tego sama. Był późny wieczór, druga doba od porodu. Ona zatrzymała przechodzącą korytarzem położną.
- Przepraszam, czy mogłabym prosić o pomoc? Chodzi o karmienie. Potrzebowałabym paru wskazówek. Mogłybyśmy porozmawiać? - zagaiła.
- Ja jestem w pracy! Nie mam czasu na plotki! - odburknęła kobieta. Ona oniemiała. Nie wiedziała, co powiedzieć. Co prawda rozmowa o piersiach może zahaczyć o ploteczki, ale to jeśli na celownik bierzemy biust Natalii Siwiec czy Pameli Anderson, nie Jej raczej (Ona aspirować do miana cyc bomby mogła dopiero po paru dobach). Ona poczuła, że łzy napływają Jej do oczu. Sądziła (naiwnie?), że otrzyma pomoc. Wycofała się do pokoju i została sama.
Parę godzin później spróbowała znowu. Inna położna siłą włożyła Maluchowi sutek do buzi, a Ją zbeształa.
- Trzeba przystawiać! Przystawiać jak najczęściej! To co, że śpi? Musi jeść! Budzić trzeba - tu kobieta - Ona słowo daje - wytarmosiła Malucha z uszy, co skutecznie wyrwało Go z drzemki.
- Nie będzie jadł, to będzie żółty! Potem się ludzie dziwią, że żółty jest i śpi, jak nie je! Błędne koło - dorzuciła kolejna, która wparowała do Jej pokoju.
Następna położna oceniła sytuację nad ranem.
- No oszukało nas dziecko! Przecież ono wcale nie chwyta! Jak ono ma jeść, jak nie chwyci dobrze? Nie czuje pani, że źle chwyta?
- Gdybym wiedziała, jakiego uczucia się spodziewać, pewnie wiedziałabym, że to nie to, a tak..
- Te młode matki to wcale sobie poradzić nie potrafią! - skomentowała.
- Za bardzo pani chce karmić, dlatego nie wychodzi - dodała położna od ploteczek i.. nakarmiła Malucha strzykawką modyfikowanego mleka. - Ja wcale nie myślałam, czy chcę karmić i karmiłam. Czy krowa myśli, jak się ją doi?
- No tak, jest pani po cięciu. Ojciec kangurował? Niby dobrze, ale dziecko teraz pani skóry nie poznaje! Dziwi się pani, że do piersi nie chce? - Jej uszu doleciała kolejna uwaga.
Ona wiedziała, że najważniejsze to, by dziecko było zdrowe. A z tym związana była waga. Ono straciło w trzeciej dobie pół kilo - więcej niż średnie 15% spadku od dnia porodu.
Ona zaprzyjaźniła się więc z laktatorem, który boleśnie odciągał mleko z Jej piersi. Ona karmiła maszynę, podczas gdy położna karmiła sztucznym mlekiem Jej Malca. Dla niej to był dramat.
- Może poczekamy, aż odciągnę i damy Mu trochę mojego? - zaproponowała nieśmiało widząc, jak drogocenna siara powoli skapuje do butelki.
- Nie ma co czekać, chce pani, by dziecko jeszcze bardziej schudło? Nie ma pani pokarmu - kolejna ją dyscyplinowała.
- Ale to dopiero trzecia doba, a jestem po cięciu. Po cięciu laktacja trochę później.. - ona próbowała tłumaczyć położnej coś, czym powinna być uspokajana.
- Może i później, ale pani z sali obok też jest po cięciu i już karmi. Nawet matka wcześniaka, który u nas leży ma pokarm, tylko pani dziecko jest głodne.
- No ale przecież leci..
- Za mało, tym się nie naje - Jej przez myśl przemknęły informacje o tym, że żołądek noworodka jest wielkości paznokcia, ale już nie miała sił nic mówić.
- Może pani próbować, ale dziecko musi jeść. Stymulować! Stymulować! - położna nakazała, wskazując na laktator.
- Boli panią głowa? - zapytała Ją nad ranem położna. Ta sama, która pierwszego dnia myła Jej synka (- Moje powołanie to blok porodowy - powiedziała wtedy. - Dyżuruję tu, bo miesiąc krótki - śmiała się.)
- Nie, nie, dobrze wszystko - Ona wycedziła, wycierając łzy.
- Co się dzieje? - tamta dopytała.
- Nie karmię sama - odparła. - Nie potrafię, a tak chcę.
Położna spokojnie usiadła na skraju Jej łóżka.
- Jak długo to trwa? Widziała się pani z doradcą laktacyjnym? Pewnie dokarmiają mlekiem modyfikowanym? Zaraz spróbujemy na spokojnie.
Położna chwyciła Malca i Jej pierś w swoje dłonie. Poszło spokojnie. Wreszcie na dobre Ona poczuła, jak Ono zasysa Jej sutek wraz z otoczką i.. pije. Spokojnie. Brodawka bolała po ostatnich próbach, położna doradziła więc osłonki. Z nimi Ona już po paru kolejnych przystawieniach czuła się pewniej. Dodatkowo odciągała pokarm, którym dokarmiała Malca. Położna przychodziła do Niej jak w zegarku - co dwie godziny sprawdzić, jak idzie. Była opanowana, troskliwa i zainteresowana Jej problemem.
- Zobacz, kończę dyżur, a ta dzielna drużyna już je - powiedziała przyprowadzonej do Jej pokoju położnej od ploteczek.
- Nie wierzę! Nasz leniuszek wreszcie je? - zapytała. W tym momencie podeszła do Jej łóżka i nim Ona czy druga położna zdążyły zareagować, potarmosiła Go po brzuszku.
- Nie rób tak! - zawołała druga z kobiet. - Przecież On tego nie lubi. Nie można mu przeszkadzać.
Ale przystawione wcześniej uważnie do piersi dziecko już przestało ssać.
W czwartej dobie Ona co dwie godziny budziła Malca i siebie. Sesję zaczynała od spotkania z laktatorem. Potem karmiła - piersią, a następnie strzykawką z odciągniętym pokarmem. Malec zaczął przybierać.
- Będzie dobrze, tylko proszę sobie nie dać wmówić, że nie ma pani pokarmu,że to wina cesarki i nie pozwolić tym małpom dokarmiać sztucznym mlekiem.
Ona nie pozwoliła. W dziewiątej dobie Ona karmi co dwie godziny, bez bólu i z zadowoleniem dziecka. Maluch przybiera na wadze. Ona stara się odgonić złe wspomnienia. A tej jednej położnej nigdy się nie odwdzięczy. Być może jej powołaniem jest blok porodowy, a może po prostu pomoc drugiemu?
środa, 20 lutego 2013
Walentynki życia - tak przyszło na świat Ono
Tydzień temu Ona i On przemierzali zakorkowane miasto w kierunku szpitala - On ledwie rozbudzony po poobiedniej drzemce, Ona bez obiadu i zapasu snu, za to z kanapką w dłoni i bólem brzucha. Jeszcze nie wiedzieli, że już niedługo zmieni się Ich świat, a tę samą drogę będą przemierzać w odwrotnym kierunku po 5 dobach już jako nie tylko wirtualne trio.
Ale od początku.
Na początku było słowo. CZOP. Śluzowy czop. A właściwie nocny ból żołądka (?). Dopadł Ją z wtorku na środę i nie pozwolił spokojnie przespać nocy. Rano podczas porannej kawy, gdy On zbierał się do pracy, a Ona rozpoczynała swój dzień, poczuła prócz skrętu kiszek coś mokrego. A przecież roztopów nie zapowiadali, wręcz przeciwnie: zima miała wrócić w wielkim stylu. Mokry pot oblewał Ją zazwyczaj gdzieś w okolicach czoła. Teraz objął południowe rejony.
Ona wiedziała, że czop odejść może równie dobrze na parę dni jak i godzin przed decydującym starciem. Była już po terminie, więc potwierdzenia i uspokojenia potrzebowała u Położnej Y. Zadzwoniła, sprawę omówiła. Ciepłe słowa wsparcia otrzymała gratis.
Ale ból żołądka nie przechodził, doszło do niego za to silne parcie - nie na modny ekran, ciążowy pęcherz, a na stolec. No przesrane, Panowie i Panie.
Ona nie przypuszczała, że to TO. Upiekła więc czekoladową babkę i chleb, który jakby przeczuwał, że Ona wcale go nie spróbuje - zamiast wyrosnąć i wypiec się, zmienił się w kamień.
Apetyt straciła. Gin chyba też. Zadzwoniła do niego po paru godzinach w stanie nieważkości i wilgotności.
- Nie przeszkadzam w obiedzie? - zagaiła, wiedząc, że sprawę ma raczej mało apetyczną.
- Nie, jestem już po brokułowej. Chyba zwrócę - odparł. Po czym doradził przyjazd na badanie dla - niczym serialowe ziółka - spokojności.
Ona dopakowała więc torbę do szpitala i o 18 Ona i On stawili się w izbie przyjęć. Po drodze Ona zaczynała lekko zwijać się z bólu. Co sześć minut, co pięć i pół, co pięć..
- Jedziemy po naszego synka! - On był już pewny.
- Dobry wieczór. Czy mogłabym poprosić o powiadomienie Gina? Miałam zgłosić się na badanie.
- Rodzi Pani? - zapytała kobieta w kitlu.
- No yyy.. nie wiem.. Czuję ból, takie jakby parcie na - Ona dodała konspiracyjnym tonem - stolec. Ale czy to TO? Nie wiem. Gdyby była taka możliwość, poprosiłabym o kontakt z Ginem.
- No ale czy rodzi? To izba przyjęć. Szpital! Tu się rodzi! - wyjaśniła Jej pani.
- Jak będę dłużej czekać, to pewnie coś urodzę - odpaliła.
Gin przebadał.
- 3,5 centymetra rozwarcia. Zaczynamy! - oznajmił.
- Ale że.. już? - Ona nie kryła zaskoczenia (8 dni po terminie;)). - Tak TO się zaczyna? Gdybyśmy nie umówili się na badanie, pewnie jeszcze bujałabym się w domu. Nie wiedziałam, że to pobolewanie to już TO.
- A wody najpewniej odchodzą od rana. To się nazywa, że ciężarna znaczy.
- Wiele?
- Zależy od ciężarnej. Do północy pani urodzi - powiedział Gin. Ona spojrzała na zegar wiszący w gabinecie. Była 18.30. 13 lutego.
- A możemy przeciągnąć to do minuty po północy? On tak bardzo chciał, by Maluch urodził się w Walentynki - przypomniała sobie.
- Dobra, idę w to, ale tylko minuta. Po co męczyć się dłużej? - odpowiedział Gin.
No to byli umówieni. Maluch miał przyjść na świat na św.Walentego. To się nazywa patron.
W oczekiwaniu na przyjęcie na porodówkę Ona postanowiła pouprawiać wodolejstwo. Potem nadszedł czas na wypełnienie papierzysk przez niezwykle rozgarnięte Panie, które najpewniej też doświadczały dekoncentrujących skurczów i dlatego swoje pytania zadawały parokrotnie, ciągle zapominając zanotować odpowiedzi.
- O której odeszły wody? - chciała wiedzieć jedna z nich.
- Właściwie sączą się od rana. Czop odszedł..
- Czop mnie nie interesuje - rzuciła kobieta. - O której odeszły wody?
- Sączą się od rana, od godziny 7.
- Ale ODESZŁY o której?
- Ale że chlust? No to przed chwilą był - odparła Ona.
- Zapisz, że o 18.30 - kobieta powiedziała do koleżanki.
- Ale przecież od rana i pan doktor też powiedział, że..
- Już zapisane. Spokój.
Powieźli Ją na wózku na blok porodowy. Widok Położnej Y szalenie Ją ucieszył.- Nie mogła się pani trochę szybciej rozkręcić? - zapytała Ją z uśmiechem. - Zaraz kończę dyżur.
- A my zaczynamy nockę naszego życia - pomyślała Ona.
I tak choć dobra dusza kończyła dyżur, nie omieszkała jeszcze przyjąć Jej i ogarnąć papierzysk, podczas gdy Ona podłączana była do ktg.
- Bez obaw, trafi pani w dobre ręce - zapewnił Ją Położna.
Tak się też stało. Położna Z, która zaopiekowała się i Nią, i Nim, i Maluchem przede wszystkim była zdecydowana, spokojna i niezwykle wspierająca. Bez ciamkania, bez użalania się - w taki ludzki i profesjonalny sposób.
- A teraz sprawdzimy Pani wymiary - zapowiedziała położna, chwytając w ręce tajemniczy metalowy instrument.
- 90-60-90 - wiadoma sprawa - zapewniła Ona. - No dobra, motylem byłam..
Ona szybko z łóżka trafiła na piłkę. Żaden tam pilates, żaden stretching! Ona zawsze przeczuwała, że zajęcia z fit ball to Jej przeznaczenie.
Później przyszedł czas na prysznic. Ból powoli zaczął promieniować ku plecom, nasilając się przy tym. Zastrzyk w pupę nie pomógł, gaz rozweselający ani na chwilę nie poprawił Jej nastroju bardziej niż On.
On robił, co mógł. Tylko Ona na niewiele mu pozwalała. Prosiła o podanie wody, masowanie pleców (ale nie podczas skurczu!), wodny masaż i przytulenie. Tylko i aż.
Wszystko szło dobrze. Do czasu. Kryzys siódmego centymetra dopadł i Ją. Nie dlatego, że ból się nasilał i nagle postanowiła nie urodzić. Po prostu za nic bramy niebios rozewrzeć się szerzej nie mogły. No za cholerę. Choć skurcze postępowały.
I wtedy zjawił się Gin w swym białym fartuchu dobry niczym Bóg Ojciec. Przebadał tak, że Ona gotowa była opowiedzieć wszystkim jego pacjentkom tłoczącym się wiernie pod gabinetem, że to szatan wcielony, że on #$%^ mać! wcale nie jest delikatny! Ale czy można to zrobić inaczej podczas bolesnego skurczu?
- Brak postępu porodu. Proponuję cesarskie cięcie - zakomunikował.
Ona zamiast się ucieszyć, z lekka załamała. Nie tak chciała, nie tak planowała. Jak beznadziejnie by to nie zabrzmiało, poczuła się tak mała w obliczu natury, która postanowiła zrobić swoje i Malucha zbyt dużego na Jej wymiary tak łatwo nie wypuścić.
I tak minął miliard minut. Ostatnie trzy kwadranse oczekiwania na potwierdzenie decyzji o operacji były też walką o zmianę i postęp porodu. Gdyby do niej doszło, byłaby jeszcze szansa. O godz. 3 Ona zmieniła koszulkę do porodu na zieloną szpitalną flizelinę. Odebrała od Niego całusa i pojechała na salę. Tam czekała tylko, kiedy minie ból. Wygięcie się w pałąk do znieczulenia w kręgosłup wydawało Jej się niemożliwe.. Ale udało się. Straciła czucie w nogach. Potem tylko zobaczyła zamaskowanego Gina i tabun innych zielonych ludków. A w radiu leciała "Skóra" AYA RL.
I choć Ona z przerażeniem odkryła, że mimo braku bólu czuje, że ktoś grzebie w Jej wnętrznościach, czekała tylko na Malucha. Pokazał go Jej Gin.
- Jest syn - powiedział, pokazując Jej czerwonego glutka. - Jak ma na imię?
- Feliks, moje szczęście - odpowiedziała i.. popłakała się jak mała bezbronna dziewczynka.
Był 14 lutego, godzina 3.31.
Potem leżała, i patrzyła kątem oka, jak dwie tajemnicze osoby pochylają się nad Jej Maleństwem. A Ono fika nóżkami i płacze. Wiedziała, że Maluch trafi zaraz na męskie spotkanie klata-klata do Niego. A tymczasem jeszcze pojawił się przed Jej oczami.
- Do wycałowania dla mamy - powiedział ktoś.
Ona złożyła na ciepłych ustach Malucha kilka całusów. Płakała i nie mogła się oderwać, by wycałować jeszcze. Leżała nieruchoma, najszczęśliwsza.
Gdy wywozili Ją do sali wybudzeń, minęła pokój, w której mignęli Jej Mężczyźni Jej życia. On z Maluchem na piersi. To musiały przypieczętować kolejne łzy.
Ona czekała w sali, przyjmując kroplówki. Gdy On przyjechał z Malcem, nie chciała niczego więcej niż przytulić ich obu. Swoje ciało czuła jak jedną wielką gąbkę, nie mogła się poruszyć. Oni zrobili to za Nią. On położył Jej na piersi Malucha i sam Ją ucałował i przytulił.
- Jesteśmy - powiedział.
Trio nie było już wirtualne. Zmienił się cały świat.
Ale od początku.
Na początku było słowo. CZOP. Śluzowy czop. A właściwie nocny ból żołądka (?). Dopadł Ją z wtorku na środę i nie pozwolił spokojnie przespać nocy. Rano podczas porannej kawy, gdy On zbierał się do pracy, a Ona rozpoczynała swój dzień, poczuła prócz skrętu kiszek coś mokrego. A przecież roztopów nie zapowiadali, wręcz przeciwnie: zima miała wrócić w wielkim stylu. Mokry pot oblewał Ją zazwyczaj gdzieś w okolicach czoła. Teraz objął południowe rejony.
Ona wiedziała, że czop odejść może równie dobrze na parę dni jak i godzin przed decydującym starciem. Była już po terminie, więc potwierdzenia i uspokojenia potrzebowała u Położnej Y. Zadzwoniła, sprawę omówiła. Ciepłe słowa wsparcia otrzymała gratis.
Ale ból żołądka nie przechodził, doszło do niego za to silne parcie - nie na modny ekran, ciążowy pęcherz, a na stolec. No przesrane, Panowie i Panie.
Ona nie przypuszczała, że to TO. Upiekła więc czekoladową babkę i chleb, który jakby przeczuwał, że Ona wcale go nie spróbuje - zamiast wyrosnąć i wypiec się, zmienił się w kamień.
Apetyt straciła. Gin chyba też. Zadzwoniła do niego po paru godzinach w stanie nieważkości i wilgotności.
- Nie przeszkadzam w obiedzie? - zagaiła, wiedząc, że sprawę ma raczej mało apetyczną.
- Nie, jestem już po brokułowej. Chyba zwrócę - odparł. Po czym doradził przyjazd na badanie dla - niczym serialowe ziółka - spokojności.
Ona dopakowała więc torbę do szpitala i o 18 Ona i On stawili się w izbie przyjęć. Po drodze Ona zaczynała lekko zwijać się z bólu. Co sześć minut, co pięć i pół, co pięć..
- Jedziemy po naszego synka! - On był już pewny.
- Dobry wieczór. Czy mogłabym poprosić o powiadomienie Gina? Miałam zgłosić się na badanie.
- Rodzi Pani? - zapytała kobieta w kitlu.
- No yyy.. nie wiem.. Czuję ból, takie jakby parcie na - Ona dodała konspiracyjnym tonem - stolec. Ale czy to TO? Nie wiem. Gdyby była taka możliwość, poprosiłabym o kontakt z Ginem.
- No ale czy rodzi? To izba przyjęć. Szpital! Tu się rodzi! - wyjaśniła Jej pani.
- Jak będę dłużej czekać, to pewnie coś urodzę - odpaliła.
Gin przebadał.
- 3,5 centymetra rozwarcia. Zaczynamy! - oznajmił.
- Ale że.. już? - Ona nie kryła zaskoczenia (8 dni po terminie;)). - Tak TO się zaczyna? Gdybyśmy nie umówili się na badanie, pewnie jeszcze bujałabym się w domu. Nie wiedziałam, że to pobolewanie to już TO.
- A wody najpewniej odchodzą od rana. To się nazywa, że ciężarna znaczy.
- Wiele?
- Zależy od ciężarnej. Do północy pani urodzi - powiedział Gin. Ona spojrzała na zegar wiszący w gabinecie. Była 18.30. 13 lutego.
- A możemy przeciągnąć to do minuty po północy? On tak bardzo chciał, by Maluch urodził się w Walentynki - przypomniała sobie.
- Dobra, idę w to, ale tylko minuta. Po co męczyć się dłużej? - odpowiedział Gin.
No to byli umówieni. Maluch miał przyjść na świat na św.Walentego. To się nazywa patron.
W oczekiwaniu na przyjęcie na porodówkę Ona postanowiła pouprawiać wodolejstwo. Potem nadszedł czas na wypełnienie papierzysk przez niezwykle rozgarnięte Panie, które najpewniej też doświadczały dekoncentrujących skurczów i dlatego swoje pytania zadawały parokrotnie, ciągle zapominając zanotować odpowiedzi.
- O której odeszły wody? - chciała wiedzieć jedna z nich.
- Właściwie sączą się od rana. Czop odszedł..
- Czop mnie nie interesuje - rzuciła kobieta. - O której odeszły wody?
- Sączą się od rana, od godziny 7.
- Ale ODESZŁY o której?
- Ale że chlust? No to przed chwilą był - odparła Ona.
- Zapisz, że o 18.30 - kobieta powiedziała do koleżanki.
- Ale przecież od rana i pan doktor też powiedział, że..
- Już zapisane. Spokój.
Powieźli Ją na wózku na blok porodowy. Widok Położnej Y szalenie Ją ucieszył.- Nie mogła się pani trochę szybciej rozkręcić? - zapytała Ją z uśmiechem. - Zaraz kończę dyżur.
- A my zaczynamy nockę naszego życia - pomyślała Ona.
I tak choć dobra dusza kończyła dyżur, nie omieszkała jeszcze przyjąć Jej i ogarnąć papierzysk, podczas gdy Ona podłączana była do ktg.
- Bez obaw, trafi pani w dobre ręce - zapewnił Ją Położna.
Tak się też stało. Położna Z, która zaopiekowała się i Nią, i Nim, i Maluchem przede wszystkim była zdecydowana, spokojna i niezwykle wspierająca. Bez ciamkania, bez użalania się - w taki ludzki i profesjonalny sposób.
- A teraz sprawdzimy Pani wymiary - zapowiedziała położna, chwytając w ręce tajemniczy metalowy instrument.
- 90-60-90 - wiadoma sprawa - zapewniła Ona. - No dobra, motylem byłam..
Ona szybko z łóżka trafiła na piłkę. Żaden tam pilates, żaden stretching! Ona zawsze przeczuwała, że zajęcia z fit ball to Jej przeznaczenie.
Później przyszedł czas na prysznic. Ból powoli zaczął promieniować ku plecom, nasilając się przy tym. Zastrzyk w pupę nie pomógł, gaz rozweselający ani na chwilę nie poprawił Jej nastroju bardziej niż On.
On robił, co mógł. Tylko Ona na niewiele mu pozwalała. Prosiła o podanie wody, masowanie pleców (ale nie podczas skurczu!), wodny masaż i przytulenie. Tylko i aż.
Wszystko szło dobrze. Do czasu. Kryzys siódmego centymetra dopadł i Ją. Nie dlatego, że ból się nasilał i nagle postanowiła nie urodzić. Po prostu za nic bramy niebios rozewrzeć się szerzej nie mogły. No za cholerę. Choć skurcze postępowały.
I wtedy zjawił się Gin w swym białym fartuchu dobry niczym Bóg Ojciec. Przebadał tak, że Ona gotowa była opowiedzieć wszystkim jego pacjentkom tłoczącym się wiernie pod gabinetem, że to szatan wcielony, że on #$%^ mać! wcale nie jest delikatny! Ale czy można to zrobić inaczej podczas bolesnego skurczu?
- Brak postępu porodu. Proponuję cesarskie cięcie - zakomunikował.
Ona zamiast się ucieszyć, z lekka załamała. Nie tak chciała, nie tak planowała. Jak beznadziejnie by to nie zabrzmiało, poczuła się tak mała w obliczu natury, która postanowiła zrobić swoje i Malucha zbyt dużego na Jej wymiary tak łatwo nie wypuścić.
I tak minął miliard minut. Ostatnie trzy kwadranse oczekiwania na potwierdzenie decyzji o operacji były też walką o zmianę i postęp porodu. Gdyby do niej doszło, byłaby jeszcze szansa. O godz. 3 Ona zmieniła koszulkę do porodu na zieloną szpitalną flizelinę. Odebrała od Niego całusa i pojechała na salę. Tam czekała tylko, kiedy minie ból. Wygięcie się w pałąk do znieczulenia w kręgosłup wydawało Jej się niemożliwe.. Ale udało się. Straciła czucie w nogach. Potem tylko zobaczyła zamaskowanego Gina i tabun innych zielonych ludków. A w radiu leciała "Skóra" AYA RL.
I choć Ona z przerażeniem odkryła, że mimo braku bólu czuje, że ktoś grzebie w Jej wnętrznościach, czekała tylko na Malucha. Pokazał go Jej Gin.
- Jest syn - powiedział, pokazując Jej czerwonego glutka. - Jak ma na imię?
- Feliks, moje szczęście - odpowiedziała i.. popłakała się jak mała bezbronna dziewczynka.
Był 14 lutego, godzina 3.31.
Potem leżała, i patrzyła kątem oka, jak dwie tajemnicze osoby pochylają się nad Jej Maleństwem. A Ono fika nóżkami i płacze. Wiedziała, że Maluch trafi zaraz na męskie spotkanie klata-klata do Niego. A tymczasem jeszcze pojawił się przed Jej oczami.
- Do wycałowania dla mamy - powiedział ktoś.
Ona złożyła na ciepłych ustach Malucha kilka całusów. Płakała i nie mogła się oderwać, by wycałować jeszcze. Leżała nieruchoma, najszczęśliwsza.
Gdy wywozili Ją do sali wybudzeń, minęła pokój, w której mignęli Jej Mężczyźni Jej życia. On z Maluchem na piersi. To musiały przypieczętować kolejne łzy.
Ona czekała w sali, przyjmując kroplówki. Gdy On przyjechał z Malcem, nie chciała niczego więcej niż przytulić ich obu. Swoje ciało czuła jak jedną wielką gąbkę, nie mogła się poruszyć. Oni zrobili to za Nią. On położył Jej na piersi Malucha i sam Ją ucałował i przytulił.
- Jesteśmy - powiedział.
Trio nie było już wirtualne. Zmienił się cały świat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)